Białe szaleństwo
Zgodnie z kalendarzem mamy zimę. Za oknem jednak lekka jesień albo wczesna wiosna.
Tak ciepłej zimy nie było od dawna. My po prawdziwą zimę wybraliśmy się aż do Włoch, we włoskie Dolomity. Nie tylko doświadczyliśmy prawdziwego mrozu i świeżego śniegu, ale również pięknego zimowego słońca, z którego słynie Val di Sole, czyli Dolina Słońca.
Po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw, jako środek transportu wybraliśmy samochód. 1450 km postanowiliśmy zrobić na 2 raty: najpierw do Berlina, gdzie przenocowaliśmy u mojej cioci, a potem prosto do Włoch niemieckimi, austriackimi i włoskimi autostradami. Kontrast między tymi superszybkimi, wygodnymi i bezpiecznymi trasami, a naszymi dziurawymi drogami przez wsie i miasteczka jest porażający. Średnia prędkość na autostradach 140-150 km/h. Średnia prędkość na polskich trasach 60-70 km/h. Na szczęście autostrady się budują i miejmy nadzieję, za kilka lat, Polskę będzie można przemierzać z podobną prędkością.
Folgarida, nasza docelowa destynacja powitała nas egipskimi ciemnościami i krętymi, stromymi serpentynami. Niewielka miejscowość obok bardziej znanej i popularnej Madonny di Campiglio nie tętniła życiem. Jak się okazało, dodatkowy śnieg pozwalający na otworzenie tras spadł dopiero dzień przed naszym przyjazdem i wielu turystów wstrzymało się z przyjazdem lub wybrało inne miejsce. Wiele hoteli stało więc zabitych dechami, a precyzyjniej mówiąc - drewnianymi okiennicami.
Niewielka ilość turystów oznaczała dla nas nieduży ruch na stokach. Nie trzeba było uważać na innych, bo odczekując chwilkę można było szusować pustym stokiem. Nasz hotel leżał przy jednej z tras, wychodziło się z niego prosto na stok. Podobnie kończąc jazdę zjeżdżaliśmy pod same drzwi hotelu. Bardzo przyjemne udogodnienie. Dodając do tego wszystkiego świeży śnieg i dobrze przygotowane trasy mogę powiedzieć, że Folgarida w połączeniu z Marillevą i Madonną di Campiglio zaoferowały nam super warunki do jazdy.
Całe dnie spędzaliśmy na stoku, ciesząc się beztroską jazdą, robiąc przerwy na krótkie opalanie czy pyszne grzane wino w barze na szczycie góry z zapierającym dech widokiem na Dolomity. Wieczorami relaksowaliśmy się na basenie i w saunie, czytaliśmy książki i oglądaliśmy filmy na DVD. Czysty, błogi relaks. Mimo zakwasów i bólu mięśni, również tych o których istnieniu na co dzień nie mamy pojęcia, dobrze wypoczęliśmy.
Niestety pod koniec czwartego dnia Kasia niefortunnie upadła i uszkodziła sobie kolano. Włoski ortopeda zdiagnozował zerwanie więzadła pobocznego piszczelowego i na nogę założył gips. Teraz robimy dodatkowe badania i czekamy na ich wyniki, bo polski ortopeda ma inne zdanie niż ten włoski i dopatruje się większego urazu. Oby się mylił i unieruchomienie gipsem było wystarczającym lekarstwem prowadzącym do pełnego wyzdrowienia. Urlop prawie udanyL
